Menu

Out of box

Podróż przez Azję i nie tylko

Świętowanie urodzin i Wells House

outofbox

L5nI1tCkYNMhPk3MHX

JYAyJ0XQb0b9AquCHX

fBnacnSmfqrmECkPDX

qeSEwlIAxY7B7swFsX

 NpGBw6plFkjNEXpU6X

fAj23IYRafGHbNK25X

x1vV1z6bYbHgV6chqX

bMBDWkZJ3bUebdIUnX

RtmXZRLN9BrobSNaaX

WtUka8uju2Nd47CusX

mmpHit8rwV72NXWu6X

 uYVC2aJvV9bkV4k2sX

HiPlHBCsJba0zAsHCX 

IeSOa1mh9ak1HvxiNX

52a8zHcqnD2bWgBEUX

bxJafvGHQNmXcFNaBX

WfjxbHSWw6OdSpf3gX

PdO3lZjokquAbYtqhX

fzWfobLAJjqrtO8XTX 

 AMza4STkk0lqN4CfRX

 xubT6NUWXnIlMbby9X

 FtNNUwD8DnhbbnaAaX

 OLfXiTQu2Z27ruADEX

 hO7JkKcmR8S3q5GXqX

 ZeObqIogmQQ5fsDymX

wssyrID2bfzl04L4WX 

4oq52eZuQKlss333jX

 trINFvhSvdg28Das7X

 IAqcFt5K9VjoQWJv3X

 3a64gCGgavy6btbFmX

3beUtAWHUa2xoLjg9X

dhZQSALrEEW8VDubrX

dJW3HfbsYyLAjXdyRX

xUizFw2ptHGrHg0jyX

GwtZ5j2VMWEXtfR7hX

bSaa9ayBYX7YyhG4bX
rRcxVGL8DQVcberSVX

 TzxDpjONmM6aMdfSHX

 eYnQC2A4wyQV5DD3hX

 6FkXFuCj93hAJFmBEX

 saYeTVREHb5xO9cqvX

7sJrt5yt0lnWag7fUX

3ltCCbNiSsIIkqkcLX

Moje urodziny wypadają w pierwszy weekend listopada i tenże weekend w całości dedykuję samej sobie:) W sobotę jadę do Dun Laoghaire, włóczę się po miasteczku, zaglądam do wszystkich second handów, spaceruję po molo. Jem wegański obiad we włoskiej restauracji. A wieczorem idę do kina na przepiękny film – Earth – One Amazing Day. Film jest nakręcony przez stacje BBC Earth. Pokazuje zwierzęta na różnych kontynentach od wschodu do wschodu słońca. Po raz pierwszy widzę narwale, przedziwne delfinopodobne ssaki, żyjące w Arktyce, a także czarne małpy Francois Langurm których dzieci mają pomarańczowe futerka. Świat przyrody zachwyca.

W niedzielę wybieram się do Killruddery, przepięknej posiadłości należącej do rodziny hrabiowskiej. Przypadkowo trafiam na ostatni dzień przed zamknięciem na okres zimy. Jest słoneczna pogoda. Spaceruję po pięknym, jesiennym ogrodzie i parku. Jestem tam bardzo wcześnie (jak na mnie, i chyba jak na innych też) i przez długi czas mam cały park dla siebie.

W następnym tygodniu w ramach dalszego świętowania urodzin wybieram się z dobrą koleżanką Dublinią na małą wycieczkę. Szukamy czegoś, co nie będzie daleko. Cześć miejsc jest nieczynna zimą. Dublinia dyskwalifikuje mój pomysł odwiedzenia niemieckiego cmentarza. Wybieramy się zatem do Wells House w Hrabstwie Waterford. Dwór został wybudowany ponad 400 lat temu przez Johna Warrena. Po jego śmierci dwór i przynależne do niego rozległe ziemie zostały kupione przez rodzinę Doyle, w której posiadaniu pozostawał przez ponad 260 lat. W tym czasie budynek przeszedł gruntowną przebudowę pod okiem architekta Daniela Roberstsona, który również zaprojektował ogrody w Powerscourt. Historia kolejnych właścicieli posiadłości, ich małżeństw, romansów, tabunów dzieci splata się w bardzo ciekawy sposób z historią Irlandii. W salonie wisi portret pięknej Jane Ellis – żony Roberta Doyle'a (pierwszego z Doyle'ów). Kobiety wówczas bardzo dbały o bladość cery, używając pudrów z arszenikiem. Ponadto woskowały twarz, dlatego zimą od kominka musiała chronić je specjalne odgrodzenie, by wosk nie spływał im z twarzy. Kilka pokoleń później, kolejny właściciel Wells – Charles Mervyn Doyle żeni się z Lady Frances Fitzwilliam. Małżeństwo musi być z miłości, i to wielkiej. Młoda żona pochodzi z bardzo bogatej rodziny, właścicieli Wentworth Woodhouse. Jej dom rodzinny ma 356 sypialni, a zaproszeni gości dostają konfetti, które rozsypują po korytarzach, by móc odnaleźć drogę do swojego pokoju. Mężowski dom Lady Frances jest bardzo skromy, ma tylko 8 sypialni.

W 1965 roku ostatni ze spadkobierców Doyle'a sprzedaje posiadłość niemieckiemu przedsiębiorcy Gerhardowi Roeslerowi. Wydają bardzo dużo pieniędzy na remonty, ale niestety to skarbonka bez dna. Dziś to ich syn Uli i jego żona Saibine są właścicielami i poświęcają cały swój czas na doprowadzenie posiadłości do dawnej świetności. Dom jest w trakcje niekończących się remontów. Finansują się z opłat za zwiedzanie, restauracji i okolicznościowych pikników. Gdy kupujemy bilety, to właśnie pani Sabine ''siedzi na kasie''.

Mamy szczęście, bo na wycieczce z przewodnikiem jesteśmy tylko we dwie. Oprowadza nas ochmistrzyni i bardzo ciekawie opowiada. W sali jadalnej można zorganizować sobie high tea – popołudniową herbatkę, serwowaną przez osobistą służącą, na którą można zadzwonić dzwonkiem.

Jesienny update

outofbox

n0IgPiKCs2DgGZv4mX

rWqBtQRfdxVbNXxhsX

bxHeKOVg2ja6fYPt3X

FaQae86yPPPs8pblZX

bOIfhS5ZdsaNwsXc3X

ObaLLNpbBmNurXcONX

zFQby4F9hS7kTVYrXX

AL9mlyglJtVDu54a7X

fabGoZXjdU1VCKaIeX

1qhWWbMzKfeV30jwgX

ZnrzxahAwDLfAVITRX

PcbsNjumZutCnfao3X

c8C5Kc7cV9DpEIXJQX

 u1YVZWByTpssgs9wuX

 wOmLIGEeSKPCLh4WlX

 syW97F66JtJyJH9FCX

 Efuc2sQJ4AYAtMy3XX

 QUhT898jrl04oAHnMX

 OKmdqNrb1GqvsrJohX

 kZuRZmJxhskPnWXcCX

 WtW5Fr8cvb4MmOMiYX

 e75zwcSO0PSFsmTTNX

j5k7s2qG9eHahsBECX

zVbbbYpCA4aZNgPALX

YBa4bndkQwi2ibSSoX

mHQE51qX4XwwwJ67aX

wP7X23OGCIabOJx1ZX

gxo1Xf4rUYiu25o1OX 

We wrześniu odwiedzam zachwycającą wystawę Vermeera. Do Dublina przyjechało 10 jego obrazów. Wystawa, szczególnie pod koniec bardzo okupowana. Widziałam nawet starszą panią z kartką w ręku, że szuka biletu do odkupienia.

W połowie październik Irlandię nawiedza huragan Ofelia. Kilka dni przed doświadczamy pięknej pogody. Jest na tyle ciepło by wieczorem chodzić w tshircie. Huragan najbardziej uderza w południe wyspy, ale w hrabstwie Wicklow też bardzo mocno wieje. Rano, gdy jest jeszcze bardzo spokojnie, parkingi w business park, gdzie pracuję są opustoszałe. Samochody stoją tylko przed naszym budynkiem. Po jakimś czasie przychodzi informacja, że kto uważa, że może mieć problemy z powrotem do domu, powinien od razu wyjść. Większość osób wychodzi. Jako, że mieszkam tylko 15 minut na piechotę od pracy, chcąc nie chcąc zostaję. Jak zaczyna wiać, okoliczne krzewy i drzewa mocno chylą się do ziemi. Z dachu spada, tuż przy wejściu do budynku, kilkumetrowy kawał blachy. Ulice są opustoszałe. Dużo miejscowości jest odciętych od prądu jeszcze kilka dni później.

Gdy wracam z pracy w Halloweenowe popołudnie, widzę nieliczne dzieci, zbierające w domach cukierki. Nie mam żadnych cukierków w domu, więc robię wygłuszenie i zaciemnienie, taktykę stosowaną w mojej rodzinie, gdy ksiądz przychodził po pieniądze. Gdy wczesnym wieczorem wychodzę do pobliskiego sklepu wszędzie widzę grupki nastolatków. Poza nimi nie ma nikogo na ulicach. W ostatniej chwili uskakuję przed lecącą po chodniku petardą. Teraz nie dziwię się, czemu większość ludzi siedzi w domu. Całe popołudnie i wieczór to petardowa kanonada – tutejsza tradycja. Rok wcześniej ktoś nam kradnie śmietnik sprzed domu – pełny. To ponoć inna lokalna tradycja, ukraść śmietnik i spalić. Z fajnych zwyczajów to puszczanie lampionów. Obserwuję kilka z nich sunących po niebie. Gdy kiedyś sama chciałam puścić lampion, to zrobiłam mały pożar w ogródku.

Biorę udział w halloweenowym biegu – 5 km. Cześć osób jest poprzebieranych. Jestem super zadowolona, że po paru latach przerwy w bieganiu, jestem w stanie przebiec większość dystansu bez zatrzymywania się.

Biuro dekoruje się okolicznościowo na potęgę. Ja się z tego wyłączam i robię własną bezśmieciową instalację. Masowo kupione dekoracje, pewnie produkcji chińskiej, lądują potem w koszu.

W ramach firmowego odchamiania się oglądam musical Sunset Boulevard. Musical został po raz pierwszy wystawiony w 1993 roku, a powstał on na podstawie filmu nakręconego w 1950 roku. Opowiada historię przebrzmiałej divy niemego kina, która poznaje młodego scenarzystę. Upatruje w tym szansy na powrót na scenę. Romans między nimi kończy się tragicznie.

Spacerując po centrum Dublina jak zwykle napotykam różne religijny stoiska. Jakiś Chrześcijanin zawsze stoi na małym stołeczku i przez megafon wykrzykuje swoje racje. Obok grupka Muzułmanów zachęca do swoje religii. Tuż obok stoisko Świadków Jehowy graniczy z przeciwnikami aborcji, obwieszonymi krwawymi zdjęciami. Z radością zauważam punkt Ateistów. Biorę ulotkę – Świat się zmienia :)

Co. Sligo

outofbox

KRVroQznSBil0xgjkX

QkpdkAWo6j7RCa7XZX

dCvQGPGbfRQn5jxtHX

BzaYEXM3ubNBv7OoXX

2QDsSFJyPbfIxkK6LX

17rhjgRe5iYbfH9zWX

U5AaArimHKI24UyopX

i53akiXWzazIcyBa8X

 mlgLNhaGeghPHZxAeX

 py1kxMpVziGbTn0qZX

 1eesYIXk3RDfTHLuDX

 YnQEDFWiqQxnEUzyDX

 JMSMJv9LzZyRkQVvoX

 Brk0vFmDaih0z3V0VX

8YUsJUNekPcKr0kmBX

9kN4aa9JcO80VmHLvX

xhd6cbgWwtz48t6pSX

VG7jcczD2bmuAuOSRX

BoHJckO6W5QuYh9hpX

8vgVZEOT1FFOfxPygX

A7TTxhsY4P3uEqZBnX

thsFN4lOL9DEDoxo8X

2bq8KHFAVqcKdkY9rX

tuji4VaP9VJ7wH7tRX

bnCVY8gSUs1CLpmAcX

saD1Nn1jjhS5YtailX

hVZkWyoFEz9ysMRkYX

okXkwaWRC7YQ4wFAiX

S54Im9Eb6fWKwrnCrX

5aDHNQOQM7d5MbVfxX

3KNWdG2KfglmcT40AX

rwehuLWcEdTSGEfZfX

ilwXK6vf0Ff0OpbuYX

TnGHNHBABNVjHH9BEX

Z2AtkZbIag9LaoROGX

FKi7J0DAvboRW30PHX

UWixdVpkzDRekFml2X

qJBiybR25j5mIyAVwX

pjoXA3RgqYbmjb3jGX

Z Armagh kieruję się w stronę Sligo. Hrabstwo Sligo położone jest na zachodnim wybrzeżu, w jego północnej części. Miasto Sligo jest stolicą hrabstwa. Jest naprawdę nieduże i określenie miasteczko bardziej do niego pasuje. Pomimo tego nie przeszkadza mi to krążyć po nim godzinę nim odnajduję hostel. Wjeżdżam też w ślepą uliczkę i miły pan pilotuje mnie bym mogła stamtąd wyjechać, nie rozjeżdżając przy okazji donic z kwiatami. Tak, wciąż używam papierowych map, ale po tym doświadczeniu aplikacja google maps pojawia się na moim telefonie. Hostel z tych bardzo cichych, co mi bardzo pasuje. Spotykam Amerykankę w wieku emerytalnym i wieczory upływają nam na rozmowach o podróżach, historii i życiu.

Kolejny dzień jest przepiękny, słoneczny i bardzo ciepły. Najpierw jadę w stronę góry Knocknarea, na której szczycie jest grobowiec królowej Meabh, która żyło około 300 r. ne. Jako że grobowiec nie został nigdy splądrowany przez złodziei and archeologów (jakkolwiek to brzmi) nie ma dowodów czy została ona tam pochowana. Ze szczytu rozciąga się przepiękna panorama na wybrzeże. W oddali widzę Benbluben, który góruje nad całym hrabstwem.

Niespodziewanie dołącza do mnie koleżanka z mężem i razem odwiedzamy Carrowmore – megalityczny kompleks cmentarny. Do dziś przetrwało około 30 pomników. Zostały zbudowane około 3700 r. pne. Listoghil – to główny, centralnie położony grobowiec. Trafia nam się wycieczka z przewodnikiem i jest to o niebo lepsza opcją niż czytanie mapy, z która można zwiedzać cmentarz. Niesamowita jest wiedza jaką mieli ludzie kilka tysięcy lat temu. Listoghil jest tak usytuowany że gdy słońce wschodzi na początku listopada, to oświetla wnętrze grobowca. W okolicy jest 11 takich grobowców, które są czasowo zsynchronizowane ze sobą na listopadowy wschód słońca, które po kolei oświetla ich wnętrza.

Jadę w kierunku Mullaghmore, miasteczka usytuowanego na półwyspie noszącym tę samą nazwę. Objeżdżam cały cypel, spaceruję po klifach i podziwiam zamek Classiebawn, który stoi na przeciwległym klifie. Zamek został wybudowany w XIX wieku. Ostatni z arystokratycznych właścicieli zginął na wybrzeżu Mullahgmore, gdy jego łódź została wysadzona przez IRA w 1979 roku.

Objeżdżam pustkowia Gleniff Horsshoe. Przez większość trasy droga jest moja. Podziwiam zalany popołudniowym słońcem Benbulben.

Benbulben – wznosząca się na 526 m npm góra, o charakterystycznym kształcie. Od dawna mam zamiar na nią wejść. Gdy nawet lokalsi odradzają mi zrobienie tego solo, udaje mi się zarezerwować miejsce na zorganizowany treku. Pogoda nie jest już tak dobra, szare chmury przykrywają niebo. Mały autokar zabiera uczestników z parkingu przy cmentarzu gdzie Yaets jest pochowany. Dowożą nas na miejsce, droga się kończy i zaczyna błotnisty szlak. Gdzieniegdzie worki z wyciętym z podłoża torfem. Szlak jeśli istnieje, nie jest oznakowany. Zboczenie w bok może skutkować wpadnięciem w bagno. Przewodnik mówi, że spotkał tu kogoś kto zapadł się po pachy. Zaczyna kropić i wiać. Gdy docieramy na szczyt nadciąga więcej chmur i po chwili widoczność spada do kilku metrów. Grupa trochę się rozciąga i tracimy się z oczu. Sam szczyt wyznacza betonowy pilar, teraz otoczony głębokim błotem. Cały wierzchołek góry jest bardzo rozległy i płaski. Mimo to gdzieniegdzie znajdują się głębokie na metr, wypełnione błotem jary, przez które przechodzimy. Jako że pogoda jest wybitnie nie sprzyjająca, by móc zrobić przerwę na jedzenie, idziemy do jaskini położonej na zboczu góry. Zbocze jest strome, ale mgła/chmura zasłania widok. W jaskini przynajmniej nie wieje i chwilę odpoczywamy. Potem grupa dzieli się na dwie części. Jedna idzie na szczyt Króla a ja decyduję się wracać z drugą grupą. Teraz, nawet po przejściu tej trasy, nie zdecydowałabym się tam pójść solo. Na zakończenie trekingu pijemy herbatkę w małej knajpce, a potem ruszam w drogę powrotną. Na szczęście udaje mi się w końcu włączyć światła w samochodzie. Trasa, która ma tylko 200 km, w większości nie jest autostradą, ciągłe zwalnianie i kilkadziesiąt rond męczy.

Armagh, Northern Ireland

outofbox

NDoL6xiJuk3OrVGHLX

Go24yZh6oBJWT9lLGX

UlZcHaHrG6uL6rhjoX

u4WhDArIjPVejWrVaX

3xkBYb4Lkb2OycxZbX

zSNmf74WPT2rWOhp4X

6BESpSRvGaHg2koxaX

UPZF31sGaBYZyWQz4X

EXtTI2kF3PY1kmPhCX

HDYPLGUTZW64NxWOTX

 SWGDThoRosywBa07EX

 G1oEfEmpteKYZPrkaX

 wY4H1zRErkb8sunv0X

 Ik7lpyl4ugv6RmHaCX

 Iah0mjLai8YABGstdX

 lRBftA2m3NM34zRskX

h9PnLRPaHKmyC6Zh2X

7aGtPUbcV9mGzpYbzX

1UQObegY7biTCpbcuX

4OlVgdoNBPEGjvZRnX

aYawTCYbeqaC5EONbX

Ostatni weekend października spędzam wyjazdowo. Samochód odbieram z wypożyczalni na lotnisku. Rezerwuję najtańszy, ale dostaję Fabię – chyba upgrade:), przez dwa dni nie uda mi się włączyć w niej świateł. Kieruję się na północ, do małego miasteczka Armagh w Irlandii Północnej. Powodem jest jedyne na całej wyspie planetarium. Armagh okazuje się przyjemnym, małym miasteczkiem. Spaceruję po uliczkach, zaglądam do informacji turystycznej. Odwiedzam dwie katedry Św. Patryka, każda w zupełnie innym stylu. Planetarium fajne, jak zawsze:) To Halloweenowy weekend, więc projekcja ma też nawiązujące elementy. Najbardziej lubię odnajdować gwizdy i gwiazdozbiory na niebie, seanse w planetarium są bardzo edukujące. Oglądam małą wystawę meteorytów. Spaceruję po parku, na terenie którego jest obserwatorium astronomiczne. Obserwatorium zostało ufundowane przez Arcybiskupa Richarda Robinsona w 1790 roku. Jest jesień, w swoim złotym i ciepłym wydaniu.

Warszawa

outofbox

s83Jhe7By9wna3DJKX

vG8AP0DCBFlCuPDWsX

S1JXadLLjCsob3uCnX

xxfJZhaHxLPUPNfCzX

SZV5ecExPpbTJ43siX

3Vqqf3Ft4x6zwgC8pX

hrPBzGuxAsm0PxWElX

q0TRNxKQJVrbzJKWUX

EJHOA7gbh2dugcV3SX

l6fSwc7F2S87Ct8d0X

79vWKIEiutDIwGOaLX

JnRv9clZHBQNArraJX

fXb4XBc7yIXZyevb7X

aoWt92Fnt4qx8zUgmX

f37SAJHa8bD5rIyTHX

nLxGq0Q99PPvM0a6fX

9WlbC8WDYSsYCTuN0X

Na Dworcu Wschodnim czeka na mnie Tata z bukietem kwiatów i tak zaczyna mi się przyjemny tydzień w domu. Polski standard czyli spotkania z rodziną i kilkoma znajomymi. Dobre jedzenie, spacery po mieście, po cmentarzach, wegańskie restauracje, drobne zakupy. Zawsze, kiedy jestem w Polsce uderza mnie wybór kosmetyków, ubrań, jedzenia, lepsze filmy w kinie i bardziej przejrzysta komunikacja miejska. Praktycznie wszystkie kosmetyki przysyłam sobie z Polski, dokładam też trochę jedzenia, którego nie można kupić w Irlandii. Staniki, których nie mogłam nijak dobrać w Dublinie, kupuję w niepozornym sklepiku w centrum. Pani rzuca na mnie (w pełnym ubraniu) jedno spojrzenie i podaje mi właściwy rozmiar.

Wybieram się z Tatą na strzelnicę. Zdjęcie tarczy po pierwszym strzale, ale poszło tak dobrze, że go jeszcze do obrony terytorialnej wezmą ;)

Powodem moje wizyty w tym akurat terminie jest wesele mojej kuzynki. Okazja by spędzić miło czas z dawno nie widzianą rodziną i by poznać tych, którzy mieszkają daleko.

Wyjeżdża się zawsze trudno, nawet po 11,5 latach :)

© Out of box
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci